To potężna pokusa, żyć tak, jakby nic się nie stało. Przejść do porządku nad katastrofą smoleńską, oddaniem śledztwa Rosjanom, haniebnym raportem MAK-u, nieodzyskaniem po dwóch latach wraku samolotu i czarnych skrzynek, powtarzanym miesiącami propagandowym kłamstwom, bredniom o przekopywaniu ziemi, opowieściom o pancernej brzozie, szkalowaniem Prezydenta Rzeczpospolitej, Generała Wojska Polskiego i rzekomo niewystarczająco przeszkolonych pilotów, szmatom zaszytym w ciele posła Gosiewskiego, żałosnymi pozorami pojednania, profanacją krzyża i zarzucaniem politykom opozycji że tańczą na trumnach swoich bliskich. Odrzucić to wszystko od siebie, udając, że historia dalej toczy się swoim torem, że losy Polski nie dzielą się na przed i po 10 kwietnia, że katastrofa była tylko nieistotnym epizodem, o który może jeszcze latami będziemy toczyć spory, ale poza tym wszystko pozostaje po staremu.
Czy można żyć tak, jakby Smoleńsk nie miał znaczenia? Ależ oczywiście, że można. Jak pewien znany aktor, który w wywiadzie dla weekendowej „Gazety Wyborczej” nazywa katastrofę smoleńską „naszym wstydem narodowym”, która przez „to, że się w ogóle zdarzyła, okrywa Polaków hańbą”. Których Polaków? – chciałoby się spytać. Sam bowiem cytowany aktor, cytując Gombrowicza, mówi o tym, że nie chce być „aż Polakiem”, ale „tylko Polakiem”. „Uważam, że być dobrym Polakiem to nie być aż Polakiem”. Zdanie wcześniej nazywając „aż Polakami” tych, którzy „przychodzą na Krakowskie Przedmieście, krzyczą, płaczą i rzucając się na ziemię”. „A bić się o co warto? O prawdę? No znowu to relatywne, bo oni tam na Krakowskim Przedmieściu też biją się o prawdę. Każdy ma swoją”.
„Każdy ma swoją prawdę” – jakie to proste i jakie nieprawdziwe. Jak skutecznie uwalnia od odpowiedzialności za poszukiwania jednej, autentycznej i niepodważalnej prawdy, jak pięknie rozleniwia, pozwalając żyć w bezpiecznym kokonie błogiej nieświadomości. Nieważne, czy chcieli lądować, czy odlecieć. Nieważne, czy był pijany, czy trzeźwy. Nieważne, czy były wybuchy, czy ich nie było. Nieważne, czy to był wypadek, czy zamach. Każdy ma swoją prawdę. A ten, kto upiera się przy swojej i nie chce „otworzyć się” na prawdy innych, najwyraźniej nie dorósł do demokracji. A przynajmniej do jej nadwiślańskiej wersji, w której „demokracja” nie polega na rozumnym dążeniu do wspólnego dobra, ale na nie zakłóconym niczym dążeniu do dobra własnego, „wolność” polega na wolności od konieczności zastanawiania się na tym czym jest prawda, a poglądy dzielą się na słuszne i niesłuszne, a nie na prawdziwe i nieprawdziwe.
Ksiądz Jerzy Popiełuszko, w ostatnich rozważaniach różańcowych wygłoszonych na kilkanaście godzin przed męczeńską śmiercią przestrzegał przed wyrzekaniem się prawdy za „parę srebrników jałowego spokoju”. To niezwykle aktualne słowa po 28 latach, gdy „jałowy spokój” jest przedstawiany niemal jako wzorzec cnoty narodowej, poszukiwanie prawdy nazywane jest niebezpiecznym oszołomstwem, a patriotyzm - fanatyzmem. Obyśmy, tak jak uczył ksiądz Jerzy, „stać przy prawdzie, choćby miała ona wiele kosztować. Bo za prawdę się płaci, tylko plewy nic nie kosztują”. Jaka jest cena, którą jesteśmy gotowi zapłacić za prawdę? I czy na każdą cenę jesteśmy gotowi?



